Poniższy materiał powstał
dzięki wsparciu
naszych Ryzykownych Patronów.
Dołącz do nich!


Warszawa, XX.05.20XX

Załącznik nr 15002903

Transkrypcja rozmowy nagranej przez podsłuch. Biorą w niej udział obiekt LB219 (Rozmówca A) oraz obiekt LB219-b (Rozmówczyni B).

POCZĄTEK TRANSKRYPCJI

Rozmówczyni B: Dobry wieczór, Mariuszu.

Rozmówca A: Dobry wieczór, Leo.

B: Jak się miewasz? Podoba ci się w Ryblasce-Zdroju?

A: A daj spokój, takiego zadupia to już dawno nie widziałem. Momentami czuję się, jakbym znowu był na Ukrainie. Nawet drogi są tak samo dziurawe.

B: (parsknięcie) Sam sobie wybrałeś takie miejsce. Czy też może polecił ci je ten twój… zdziczały kolega? Mówiłam ci, że jak się będziesz z nim zadawał, to napytasz sobie biedy.

A: Hunter to dobry kumpel jest. I został nawet posprzątać po tej całej aferze z Agatą i fajerwerkami. No i lojalny klient z niego. Tak więc Huntera to ty szanuj!

B: (z rozbawieniem) Zaiste, nieoceniony to „kumpel”, który najpierw cię pakuje w kłopoty, a później wspaniałomyślnie z nich wyciąga. (po chwili ciszy) A jak relacje z pozostałymi? Jestem ich bardzo ciekawa. Mówiłeś, że żadne nie sympatyzuje z… Wieżą?

A: No nieee. Vespa, to pewnie nawet by pięciu minut tam nie wytrzymała. (śmiech)

Faktem jest, że najczęściej to najpierw działa, a dopiero później zastanawia się nad czymkolwiek, ale rozumiesz, ten typ tak ma. Z drugiej strony jeżeli wiesz, jak do niej podejść, to da się z nią całkiem nieźle żyć. Coś, czego nie umiał zrobić Gabriel.

On był typem, z którym szło się dogadać, ogarnąć sytuację na spokojnie. Obnosił się jak jeden z tych oszołomów z jakiejś sekty, które teraz są tak modne, ale pod tym płaszczykiem kryła się chłodna kalkulacja. Tylko z Vespą się ciągle żarł i żarł. No i ostatecznie poszedł na… jak to się czasem mówi: „samotnego questa” i wygląda na to, że się „dożarł”.

No i jest Milena. Taki dzieciaczek w sumie. Wręcz powiedziałbym: maskotka. Sama nie ogarnia otaczającego ją świata ani tego, jak rzeczy naprawdę wyglądają. Czasem mam wrażenie, że trzeba ją uczyć wszystkiego jak przedszkolaka, ale chociaż nie musimy jej niańczyć.

B: A twój futrzasty przyjaciel-bawidamek? Nie wybiera się do ciebie na wczasy, jak się już nasprząta w Krakowie?

A: Już tu jest. Z nim to od razu można złapać wspólny język i ruszyć naprzód. Nie, żeby z innymi się całkowicie nie dało, ale Hunter to jednak Hunter. Konkretny, ale nie ograniczony przez widzenie tunelowe.

B: Ech, Mariusz, Mariusz… (po chwili) A nie narobiłeś sobie jeszcze przypadkiem żadnych wrogów, rywali?

A: Nie no, wiesz przecież, że ja nie lubię sobie robić wrogów. To źle dla zdrowia i biznesu.

Nasza grupa ma kilka osób, które zalazły nam za skórę – albo takich, którym to my zaleźliśmy… Jest tu taki gang Kozaków, niby trzęsą okolicą i mają na pieńku z Szerszeniami Vespy, a przez to i z resztą z nas. Strasznie się tu okopali, co zresztą rozumiem, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby im zagrozić. I mają jakieś konszachty w sierocińcu, co niezbyt mi się podoba.

Poza tym jest też taki jeden konował na OIOM-ie i on się wadził z Gabrielem. Się dziad ustawił całkiem nieźle, bo na takim zadupiu nawet skrajna niekompetencja lekarska przechodzi bez echa. Ale kręci się koło jednego z moich współpracowników, a to już mi się nie podoba. Może będę musiał go trochę usadzić, kto wie.

B: Mhm. Starasz się grać bezpiecznie, dobrze. Czyli nie muszę się o ciebie martwić?

A: No wiesz, nigdy nie jesteśmy w stu procentach bezpieczni. Znajdujemy się blisko granicy, a pamiętasz, co ci opowiadałem, że się stało wtedy na Ukrainie? Jeżeli cała jedna grupa naszych kruczych koleżków mogła tak powariować, to jaką mamy pewność, że coś podobnego nie powtórzy się w przyszłości? Że coś takiego nie dotknie na przykład nas? Trochę mnie to męczy.

B: Och, daj spokój, wszyscy wiedzą, że tamte Łotry poniekąd same się o to prosiły. Nas, mnie i ciebie, chroni nasza… wiara. Zresztą, Cybulski przecież przeżył, prawda? I wam też się nic nie stało. Czemu mówisz o tym akurat teraz?

A: A jakoś ostatnio mi się przypomniały tamte wydarzenia. Może to przez tę małomiasteczkową atmosferę i ciągle powracające motywy Żmija i starej wiary. Pamiętasz, opowiadałem ci o tym… eee, o tum całum Łybedzi?

Jest tu taki opuszczony dworek, który przywodzi na myśl wystrój u, eee, u niemu. I jakoś tak mi się skojarzyło.

(chwila ciszy)

B: Nie ukrywam, coś mi się kiedyś obiło o uszy o Żmiju z Ryblaski-Zdroju. Miałam jednak nadzieję, że to… NASZ rodzaj żmija. No wiesz, jak Tyfon, Jörmungandr…

A: I nic mi nie powiedziałaś? (westchnienie) No… nie, nie wydaje mi się, żeby to był NASZ żmij…

B: (z irytacją) Nie było o czym. Ale tak, dlatego po krakowskiej aferze nie odwołałam cię do siebie… Uznałam, że skoro już los rzucił cię w te strony, równie dobrze możesz się czegoś dowiedzieć. Jednak nie chciałam wpływać na twój osąd z góry żadnymi informacjami.

A: W takim razie zdaję raport: podejrzewam, że ten cały Żmij był od Diabłów, jeśli wiesz, co mam na myśli. Ale wygląda na to, że już go tu nie ma. Wziął się zawinął i wyjechał… Albo kopnął w kalendarz, kto wie…

B: Taaak… Jak zbyt wielu naszych „druhów” ze „starszego pokolenia”. Może jednak mały Hunterek wyświadczył nam niechcący prawdziwą przysługę, kierując cię właśnie w to miejsce… Ostatecznie zawsze miałeś nosa, nie tylko do chmielu. Jak na przykład wtedy, kiedy spotkaliśmy się w Brzesku.

A: Chmielu i interesów! Ale przecież wiesz, że w piwie liczą się nie tylko procenty. Browarnik przelewa w swój trunek także część swojego serca.

Na początku to było tylko takie głupie hobby, żeby być bardziej trendy. Ale kiedy udało mi się uwarzyć po raz pierwszy coś, co smakowało lepiej niż te koncernowe sikacze, to wiedziałem, że stać mnie na mojego własnego krafta, który przyćmi inne krafty! Do dziś wspominam ten dzień!

Zresztą nie powiedziałaś mi nigdy, że to właśnie ta ambicja zwróciła na mnie twoją uwagę?

B: (śmiech) Mariuszu, browarników jest na pęczki na całym świecie. Nie wyobrażaj sobie, że twoja pasja stanowiła jedyny czynnik, chociaż z pewnością nie pozostała niezauważona.

Jak sam wcześniej wspomniałeś, nie lubisz sobie robić wrogów, ale to nie znaczy, że się na swój sposób nie buntujesz. Masz to, że się tak wyrażę, we krwi. No i coś we mnie wyczułeś tamtego wieczoru, kiedy byłam przy barze, a ty się dosiadłeś… Nie umiałeś tego nazwać, ale wiedziałeś, że nie zagadujesz do zwykłej klientki. A ja już wtedy obserwowałam cię dyskretnie od dłuższego czasu i wiedziałam, że chcę cię zaprosić do Ruchu.

(żartobliwie) Chociaż nie do końca mi to ułatwiałeś, nawijając cały czas o swoim ukochanym piwie z miodem lipowym.

A: Jeżeli to kolejna próba wyłudzenia przepisu, to powinnaś już dobrze wiedzieć, że takie podchody są bezcelowe.

B: (śmiech) Taaak… To też było ważne. Że są sekrety, których umiesz strzec jak prawdziwy Wąż.

KONIEC TRANSKRYPCJI

Poniższy materiał powstał
dzięki wsparciu
naszych Ryzykownych Patronów.
Dołącz do nich!


Warszawa, XX.05.20XX

Załącznik nr 15002903

Transkrypcja rozmowy nagranej przez podsłuch. Biorą w niej udział obiekt LB219 (Rozmówca A) oraz obiekt LB219-b (Rozmówczyni B).

POCZĄTEK TRANSKRYPCJI

Rozmówczyni B: Dobry wieczór, Mariuszu.

Rozmówca A: Dobry wieczór, Leo.

B: Jak się miewasz? Podoba ci się w Ryblasce-Zdroju?

A: A daj spokój, takiego zadupia to już dawno nie widziałem. Momentami czuję się, jakbym znowu był na Ukrainie. Nawet drogi są tak samo dziurawe.

B: (parsknięcie) Sam sobie wybrałeś takie miejsce. Czy też może polecił ci je ten twój… zdziczały kolega? Mówiłam ci, że jak się będziesz z nim zadawał, to napytasz sobie biedy.

A: Hunter to dobry kumpel jest. I został nawet posprzątać po tej całej aferze z Agatą i fajerwerkami. No i lojalny klient z niego. Tak więc Huntera to ty szanuj!

B: (z rozbawieniem) Zaiste, nieoceniony to „kumpel”, który najpierw cię pakuje w kłopoty, a później wspaniałomyślnie z nich wyciąga. (po chwili ciszy) A jak relacje z pozostałymi? Jestem ich bardzo ciekawa. Mówiłeś, że żadne nie sympatyzuje z… Wieżą?

A: No nieee. Vespa, to pewnie nawet by pięciu minut tam nie wytrzymała. (śmiech)

Faktem jest, że najczęściej to najpierw działa, a dopiero później zastanawia się nad czymkolwiek, ale rozumiesz, ten typ tak ma. Z drugiej strony jeżeli wiesz, jak do niej podejść, to da się z nią całkiem nieźle żyć. Coś, czego nie umiał zrobić Gabriel.

On był typem, z którym szło się dogadać, ogarnąć sytuację na spokojnie. Obnosił się jak jeden z tych oszołomów z jakiejś sekty, które teraz są tak modne, ale pod tym płaszczykiem kryła się chłodna kalkulacja. Tylko z Vespą się ciągle żarł i żarł. No i ostatecznie poszedł na… jak to się czasem mówi: „samotnego questa” i wygląda na to, że się „dożarł”.

No i jest Milena. Taki dzieciaczek w sumie. Wręcz powiedziałbym: maskotka. Sama nie ogarnia otaczającego ją świata ani tego, jak rzeczy naprawdę wyglądają. Czasem mam wrażenie, że trzeba ją uczyć wszystkiego jak przedszkolaka, ale chociaż nie musimy jej niańczyć.

B: A twój futrzasty przyjaciel-bawidamek? Nie wybiera się do ciebie na wczasy, jak się już nasprząta w Krakowie?

A: Już tu jest. Z nim to od razu można złapać wspólny język i ruszyć naprzód. Nie, żeby z innymi się całkowicie nie dało, ale Hunter to jednak Hunter. Konkretny, ale nie ograniczony przez widzenie tunelowe.

B: Ech, Mariusz, Mariusz… (po chwili) A nie narobiłeś sobie jeszcze przypadkiem żadnych wrogów, rywali?

A: Nie no, wiesz przecież, że ja nie lubię sobie robić wrogów. To źle dla zdrowia i biznesu.

Nasza grupa ma kilka osób, które zalazły nam za skórę – albo takich, którym to my zaleźliśmy… Jest tu taki gang Kozaków, niby trzęsą okolicą i mają na pieńku z Szerszeniami Vespy, a przez to i z resztą z nas. Strasznie się tu okopali, co zresztą rozumiem, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby im zagrozić. I mają jakieś konszachty w sierocińcu, co niezbyt mi się podoba.

Poza tym jest też taki jeden konował na OIOM-ie i on się wadził z Gabrielem. Się dziad ustawił całkiem nieźle, bo na takim zadupiu nawet skrajna niekompetencja lekarska przechodzi bez echa. Ale kręci się koło jednego z moich współpracowników, a to już mi się nie podoba. Może będę musiał go trochę usadzić, kto wie.

B: Mhm. Starasz się grać bezpiecznie, dobrze. Czyli nie muszę się o ciebie martwić?

A: No wiesz, nigdy nie jesteśmy w stu procentach bezpieczni. Znajdujemy się blisko granicy, a pamiętasz, co ci opowiadałem, że się stało wtedy na Ukrainie? Jeżeli cała jedna grupa naszych kruczych koleżków mogła tak powariować, to jaką mamy pewność, że coś podobnego nie powtórzy się w przyszłości? Że coś takiego nie dotknie na przykład nas? Trochę mnie to męczy.

B: Och, daj spokój, wszyscy wiedzą, że tamte Łotry poniekąd same się o to prosiły. Nas, mnie i ciebie, chroni nasza… wiara. Zresztą, Cybulski przecież przeżył, prawda? I wam też się nic nie stało. Czemu mówisz o tym akurat teraz?

A: A jakoś ostatnio mi się przypomniały tamte wydarzenia. Może to przez tę małomiasteczkową atmosferę i ciągle powracające motywy Żmija i starej wiary. Pamiętasz, opowiadałem ci o tym… eee, o tum całum Łybedzi?

Jest tu taki opuszczony dworek, który przywodzi na myśl wystrój u, eee, u niemu. I jakoś tak mi się skojarzyło.

(chwila ciszy)

B: Nie ukrywam, coś mi się kiedyś obiło o uszy o Żmiju z Ryblaski-Zdroju. Miałam jednak nadzieję, że to… NASZ rodzaj żmija. No wiesz, jak Tyfon, Jörmungandr…

A: I nic mi nie powiedziałaś? (westchnienie) No… nie, nie wydaje mi się, żeby to był NASZ żmij…

B: (z irytacją) Nie było o czym. Ale tak, dlatego po krakowskiej aferze nie odwołałam cię do siebie… Uznałam, że skoro już los rzucił cię w te strony, równie dobrze możesz się czegoś dowiedzieć. Jednak nie chciałam wpływać na twój osąd z góry żadnymi informacjami.

A: W takim razie zdaję raport: podejrzewam, że ten cały Żmij był od Diabłów, jeśli wiesz, co mam na myśli. Ale wygląda na to, że już go tu nie ma. Wziął się zawinął i wyjechał… Albo kopnął w kalendarz, kto wie…

B: Taaak… Jak zbyt wielu naszych „druhów” ze „starszego pokolenia”. Może jednak mały Hunterek wyświadczył nam niechcący prawdziwą przysługę, kierując cię właśnie w to miejsce… Ostatecznie zawsze miałeś nosa, nie tylko do chmielu. Jak na przykład wtedy, kiedy spotkaliśmy się w Brzesku.

A: Chmielu i interesów! Ale przecież wiesz, że w piwie liczą się nie tylko procenty. Browarnik przelewa w swój trunek także część swojego serca.

Na początku to było tylko takie głupie hobby, żeby być bardziej trendy. Ale kiedy udało mi się uwarzyć po raz pierwszy coś, co smakowało lepiej niż te koncernowe sikacze, to wiedziałem, że stać mnie na mojego własnego krafta, który przyćmi inne krafty! Do dziś wspominam ten dzień!

Zresztą nie powiedziałaś mi nigdy, że to właśnie ta ambicja zwróciła na mnie twoją uwagę?

B: (śmiech) Mariuszu, browarników jest na pęczki na całym świecie. Nie wyobrażaj sobie, że twoja pasja stanowiła jedyny czynnik, chociaż z pewnością nie pozostała niezauważona.

Jak sam wcześniej wspomniałeś, nie lubisz sobie robić wrogów, ale to nie znaczy, że się na swój sposób nie buntujesz. Masz to, że się tak wyrażę, we krwi. No i coś we mnie wyczułeś tamtego wieczoru, kiedy byłam przy barze, a ty się dosiadłeś… Nie umiałeś tego nazwać, ale wiedziałeś, że nie zagadujesz do zwykłej klientki. A ja już wtedy obserwowałam cię dyskretnie od dłuższego czasu i wiedziałam, że chcę cię zaprosić do Ruchu.

(żartobliwie) Chociaż nie do końca mi to ułatwiałeś, nawijając cały czas o swoim ukochanym piwie z miodem lipowym.

A: Jeżeli to kolejna próba wyłudzenia przepisu, to powinnaś już dobrze wiedzieć, że takie podchody są bezcelowe.

B: (śmiech) Taaak… To też było ważne. Że są sekrety, których umiesz strzec jak prawdziwy Wąż.

KONIEC TRANSKRYPCJI