Warszawa, XX.05.20XX

Raport nr 15002900

Przesłuchanie obiektu nr EZ3923 przez dr Adrianę Czechowicz celem ewaluacji kondycji psychicznej i emocjonalnej

Pokój przygotowano zgodnie z procedurami: wytłumiony, bez okien, oświetlony tak, aby zminimalizować cienie. Obiekt nr EZ3923 przypasano do fotela stalowymi obręczami. Przy rozmowie obecnych było dwóch wyszkolonych ochroniarzy mających na wyposażeniu pociski zapalające i lampy UV. Rozmowę, po usunięciu zaostrzonego, drewnianego ciała obcego (kołka) z klatki piersiowej obiektu nr EZ3923, przeprowadziła dr Adriana Czechowicz.

POCZĄTEK TRANSKRYPCJI

Jak się pan czuje? Słyszy mnie pan?

(Obiekt nr EZ3923 zaczyna się szarpać i wysuwać kły. Jeden z ochroniarzy przytrzymuje go, dopóki się nie uspokoi, i grozi użyciem lampy UV).

Gdzie jestem?

W bezpiecznym miejscu. Nazywam się dr Adriana Czechowicz. Moim zadaniem jest przeprowadzić ewaluację pańskiego stanu psychicznego. Przybierze to postać swobodnej rozmowy na różne tematy, podczas której będę obserwować pańskie reakcje. Proszę się rozluźnić i niczym nie przejmować.

Zacznijmy od czegoś prostego. Jak się pan nazywa?

Chcecie mi wyryć epitafium? (po chwili ciszy) Gabriel Świetlik.

Według moich danych jest pan zainfekowanym z… „klanu Tremere”. Czy to się zgadza?

Tak.

Czy mógłby pan opowiedzieć, jak to jest być… z „klanu Tremere”? W prostych słowach, jak do osoby niezorientowanej w temacie?

Być Tremere to jakby być bezwolną marionetką na sznurkach. Przynajmniej do czasu, gdy się z nich nie zerwiesz. Na szczęście stworzył mnie ktoś z bardziej otwartym umysłem.

„Stworzył”? Ma pan na myśli…?

Ignacego. I tak go nie znajdziecie. Tego, który otworzył mi oczy i nakierował na właściwe tory.

Opowie mi pan więcej o tym Ignacym? Co to znaczy, że otworzył panu oczy i że pana stworzył? W sensie duchowym? A może… zaraził pana zimnokrwistością?

Zarazić to można się grypą. Co zaś do Ignacego, wie więcej niż cała wasza zgraja razem wzięta. Nieraz wytykał mi błędy w rozumowaniu i jestem mu za to wdzięczny. Pokazał mi, że jest inna droga, że mam wybór i mogę robić, co chcę, a nie wykonywać tylko rozkazy.

A samo stworzenie… To było w kaplicy przykościelnej. Wypił ze mnie całą krew, a następnie dał posmakować swojej własnej vitae. Jak przez mgłę pamiętam, że rzuciłem się wtedy na miejscowego proboszcza, by zaspokoić ten ogromny głód. Po czymś takim ciężko wciąż wierzyć w Boga. Gdy Ignacy wyjaśnił mi dokładnie, co się ze mną stało, dostrzegłem w swoim nowym stanie nieznane wcześniej możliwości.

Mhm. Proboszcza, tak? Z pańskiej kartoteki wynika, że po tym, jak rzucił pan studia medyczne, przygotowywał się pan do stanu duchownego. Uważa się pan nadal za osobę wierzącą? Jak ewoluował pański światopogląd?

Proszę sobie wyobrazić, że zostaje pani istotą skazaną na potępienie. Naprawdę chciałaby pani wierzyć wtedy w Boga? Wierzyć, że jest jakieś niebo, do którego nigdy pani nie trafi? Wierzyć, że jeśli w jakiś sposób dojdzie pani do końca swej drogi, to będzie na panią czekało piekło? Dużo łatwiej uznać, że czegoś takiego nie ma. Powiedziałbym, że dopiero wtedy można spać spokojnie. (ponura cisza) Po namyśle, gdyby jednak istniał, pociesza mnie myśl, że moi najbliżsi mogliby trafić do nieba.

Powiedział pan, że jest pan istotą skazaną na potępienie? A jednocześnie twierdzi pan, że to nie „grypa”, żeby można się nią zarazić? Co w takim razie sam pan o sobie myśli, kim – czym – pan aktualnie jest?

Od mojej przemiany zrobiłem wiele złych rzeczy. Niektórych żałowałem, żałuję nawet do teraz, a o innych zwyczajnie zapomniałem. Jak długo będę istniał, tak długo będę robił podobne rzeczy dalej. Granica będzie się przesuwała, aż znajdę usprawiedliwienie wszystkich swoich czynów. Na ten moment uważam jednak, że zasługuję tylko na potępienie.

Obawia się pan tego? Potępienia?

Już dawno pogodziłem się z tym, że jestem potępiony. Boję się czegoś innego. Tego, że mogę się mylić i pewnego dnia stanę przed Bogiem, a on będzie oceniał każdą chwilę mojego… istnienia.

Wspominał pan wcześniej o przesuwaniu moralnych granic, wróćmy na chwilę do tego. Czy potrafi pan sobie wyobrazić sytuację, w której poświęciłby pan inną osobę? Kogo? Co musiałoby do tego doprowadzić?

Pewnie i tak wiecie, kim jest moja koteria, więc pozwoli pani, że zastanowię się na głos.

Milena… Nie. Nie po to opuszczałem Camarillę, żeby teraz stosować ich metody.

Mariusz? Za wcześnie. Chciałbym jeszcze poznać tajemnice jego klanu. Może kiedyś coś mi zdradzi.

Vespa? Jest tak głośna i tak zwraca na siebie uwagę, że najprościej byłoby z niej zrobić kozła ofiarnego. Gdybym miał wybrać, padłoby na nią. Z praktycznego punktu widzenia to najlepszy wybór.

Musiałbym – a raczej musielibyśmy – znaleźć się w sytuacji, z której nie byłoby już innego wyjścia i poświęcenie kogoś rozwiązałoby problem.

Chciałabym teraz ocenić pańską zdolność do formowania pozytywnych więzi. Skoro już pan wspomniał o swojej „koterii” i członkach tej grupy, skupmy się na tym. Co pan o nich myśli? Kogo z nich ceni pan najbardziej?

To może tym razem zacznijmy od Vespy. Bez wątpienia nie zgadzamy się w wielu tematach. Metody naszych działań również są inne. Myślę jednak, że coś nas łączy. Żadne z nas nie chce dać sobą dyrygować. Z tego powodu jeszcze nie kopnąłem jej w dupę. Może przez to nawet trochę ją lubię. (cisza, obiekt nad czymś się zastanawia) Kurwa, mam nadzieję, że to nigdy do niej nie dotrze.

Mariusz. Nadal liczę, że powie mi kiedyś, jak robi to swoje piwo. Może na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, ale mam wrażenie, że potrafi się wkurwić bardziej niż Vespa. Na szczęście z nim można przynajmniej normalnie pogadać. Wątpię, by miał jakikolwiek wpływ na to, że jego klan poszedł po rozum do głowy i przestał bratać się z Camarillą, ale mimo to gdzieś podświadomie go przez to lubię.

Milena. Chyba największa niewiadoma. Już same okoliczności jej przeistoczenia przywodzą na myśl wiele pytań. Byłaby idealnym obiektem do badań, które mogłyby dać odpowiedź, dlaczego każdy kolejny z linii jest coraz słabszy. Mam nadzieję, że jednak by te badania przetrwała.

Z tej trójki najbardziej cenię Mariusza. Bez wątpienia posiada największą wiedzę. W tym taką, do której niewielu ma dostęp.

Zatrzymajmy się na chwilę przy… przy pani Milenie. Z raportów wynika, że miał pan okazję pobrać od niej próbkę krwi. Co zamierzał pan z nią zrobić? Jeśli dobrze rozumiem, pańska frakcja szczyci się odprawianiem – z braku lepszego słowa – „rytuałów”?

Nawet o tym wiecie? Nie sądziłem, że jestem aż tak istotny. Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy wręcz przeciwnie.

Pewnie wiecie też, że porównywałem ją z próbkami własnego vitae. Gdybym miał jej więcej, na pewno chciałbym przeprowadzić parę testów. Na przykład sprawdzić, jak ta krew zachowuje się w trakcie rytuałów i czy można ją do nich wykorzystać. Jest tak podobna zarówno do vitae, jak i do waszej, ludzkiej krwi, że bez sprawdzenia tego własnoręcznie ciężko cokolwiek stwierdzić.

Co zaś do kwestii samych rytuałów, dla was to coś zbyt skomplikowanego. Nie będziecie w stanie zrozumieć, czym są ani jak działają. Nie mówiąc już o ich odtworzeniu.

Oczywiście, oczywiście. Zajmuję się ewaluacją psychologiczną, okultyzm nie stanowi mojej dziedziny. O tym zapewne porozmawia z panem ktoś lepiej wykwalifikowany. Poproszono mnie jednak, abym zadała w tym temacie jeszcze jedno pytanie: podobno odkrył pan w zapomnianym dworku przejście aktywowane pańską zainfe… pańskim, ekhm, „vitae”? Jak doszło do tego odkrycia?

Nie tylko moje vitae je aktywuje. Co ciekawe, nawet Milena mogłaby je otworzyć. Co zaś do odkrycia tego przejścia, stało się to przypadkiem. Opuszczony dworek to idealne miejsce, by przeprowadzać tam rytuały. Nawet jeśli zapomniałbym zamazać ślady, to nikogo nie zdziwiłyby dziwne rysunki. Mało to pentagramów i innych takich wymalowanych na ścianach opuszczonych miejsc? Gdy przeprowadzałem jeden z rytuałów, misa z vitae wypadła mi z rąk i kiedy spadała, część chlusnęła na ramę lustra. To właśnie wtedy przejście zostało otwarte.

Wydaje mi się jednak, że mówienie o tym sprawia panu pewną przyjemność. Czy można powiedzieć, że te „rytuały” to takie jakby pańskie hobby?

Porównałbym to do naukowca, który przeprowadza różne eksperymenty, by poszerzać swoją wiedzę. Niekoniecznie musi być to jego hobby. Tak samo jest w moim przypadku. Traktowałbym to jako pewnego rodzaju pracę naukową. Pracę, którą lubię, ale nadal pracę.

W wolnych chwilach wolę jednak wystrugać w drewnie jakąś figurkę. Ewentualnie pograć w szachy. Chociaż do tego drugiego trzeba znaleźć odpowiedniego partnera, a o to trudno.

Rozumiem… A gdyby jakiś laik chciał lepiej zrozumieć tę pańską „pracę”, to jaką lekturę by pan polecił? Ma pan jakiś ulubiony tytuł?

To nie jest budowa długopisu, żeby laik miał ją zrozumieć. Jeśli ktoś miałby jednak w sobie dość zaparcia, powinien sięgnąć po Dziedzictwo bestii, biografię Aleistera Crowleya autorstwa Geralda Sustera.

(Słychać brzęczyk pagera).

Najmocniej przepraszam. Wygląda na to, że nasz czas dobiegł końca. Dziękuję panu za tę rozmowę, była bardzo… pouczająca. Niestety, musimy z powrotem umieścić kołek w pańskiej klatce piersiowej, sam pan rozumie. Postaramy się zrobić to delikatnie.

Jaaaasne.

KONIEC TRANSKRYPCJI

Warszawa, XX.05.20XX

Raport nr 15002900

Przesłuchanie obiektu nr EZ3923 przez dr Adrianę Czechowicz celem ewaluacji kondycji psychicznej i emocjonalnej

Pokój przygotowano zgodnie z procedurami: wytłumiony, bez okien, oświetlony tak, aby zminimalizować cienie. Obiekt nr EZ3923 przypasano do fotela stalowymi obręczami. Przy rozmowie obecnych było dwóch wyszkolonych ochroniarzy mających na wyposażeniu pociski zapalające i lampy UV. Rozmowę, po usunięciu zaostrzonego, drewnianego ciała obcego (kołka) z klatki piersiowej obiektu nr EZ3923, przeprowadziła dr Adriana Czechowicz.

POCZĄTEK TRANSKRYPCJI

Jak się pan czuje? Słyszy mnie pan?

(Obiekt nr EZ3923 zaczyna się szarpać i wysuwać kły. Jeden z ochroniarzy przytrzymuje go, dopóki się nie uspokoi, i grozi użyciem lampy UV).

Gdzie jestem?

W bezpiecznym miejscu. Nazywam się dr Adriana Czechowicz. Moim zadaniem jest przeprowadzić ewaluację pańskiego stanu psychicznego. Przybierze to postać swobodnej rozmowy na różne tematy, podczas której będę obserwować pańskie reakcje. Proszę się rozluźnić i niczym nie przejmować.

Zacznijmy od czegoś prostego. Jak się pan nazywa?

Chcecie mi wyryć epitafium? (po chwili ciszy) Gabriel Świetlik.

Według moich danych jest pan zainfekowanym z… „klanu Tremere”. Czy to się zgadza?

Tak.

Czy mógłby pan opowiedzieć, jak to jest być… z „klanu Tremere”? W prostych słowach, jak do osoby niezorientowanej w temacie?

Być Tremere to jakby być bezwolną marionetką na sznurkach. Przynajmniej do czasu, gdy się z nich nie zerwiesz. Na szczęście stworzył mnie ktoś z bardziej otwartym umysłem.

„Stworzył”? Ma pan na myśli…?

Ignacego. I tak go nie znajdziecie. Tego, który otworzył mi oczy i nakierował na właściwe tory.

Opowie mi pan więcej o tym Ignacym? Co to znaczy, że otworzył panu oczy i że pana stworzył? W sensie duchowym? A może… zaraził pana zimnokrwistością?

Zarazić to można się grypą. Co zaś do Ignacego, wie więcej niż cała wasza zgraja razem wzięta. Nieraz wytykał mi błędy w rozumowaniu i jestem mu za to wdzięczny. Pokazał mi, że jest inna droga, że mam wybór i mogę robić, co chcę, a nie wykonywać tylko rozkazy.

A samo stworzenie… To było w kaplicy przykościelnej. Wypił ze mnie całą krew, a następnie dał posmakować swojej własnej vitae. Jak przez mgłę pamiętam, że rzuciłem się wtedy na miejscowego proboszcza, by zaspokoić ten ogromny głód. Po czymś takim ciężko wciąż wierzyć w Boga. Gdy Ignacy wyjaśnił mi dokładnie, co się ze mną stało, dostrzegłem w swoim nowym stanie nieznane wcześniej możliwości.

Mhm. Proboszcza, tak? Z pańskiej kartoteki wynika, że po tym, jak rzucił pan studia medyczne, przygotowywał się pan do stanu duchownego. Uważa się pan nadal za osobę wierzącą? Jak ewoluował pański światopogląd?

Proszę sobie wyobrazić, że zostaje pani istotą skazaną na potępienie. Naprawdę chciałaby pani wierzyć wtedy w Boga? Wierzyć, że jest jakieś niebo, do którego nigdy pani nie trafi? Wierzyć, że jeśli w jakiś sposób dojdzie pani do końca swej drogi, to będzie na panią czekało piekło? Dużo łatwiej uznać, że czegoś takiego nie ma. Powiedziałbym, że dopiero wtedy można spać spokojnie. (ponura cisza) Po namyśle, gdyby jednak istniał, pociesza mnie myśl, że moi najbliżsi mogliby trafić do nieba.

Powiedział pan, że jest pan istotą skazaną na potępienie? A jednocześnie twierdzi pan, że to nie „grypa”, żeby można się nią zarazić? Co w takim razie sam pan o sobie myśli, kim – czym – pan aktualnie jest?

Od mojej przemiany zrobiłem wiele złych rzeczy. Niektórych żałowałem, żałuję nawet do teraz, a o innych zwyczajnie zapomniałem. Jak długo będę istniał, tak długo będę robił podobne rzeczy dalej. Granica będzie się przesuwała, aż znajdę usprawiedliwienie wszystkich swoich czynów. Na ten moment uważam jednak, że zasługuję tylko na potępienie.

Obawia się pan tego? Potępienia?

Już dawno pogodziłem się z tym, że jestem potępiony. Boję się czegoś innego. Tego, że mogę się mylić i pewnego dnia stanę przed Bogiem, a on będzie oceniał każdą chwilę mojego… istnienia.

Wspominał pan wcześniej o przesuwaniu moralnych granic, wróćmy na chwilę do tego. Czy potrafi pan sobie wyobrazić sytuację, w której poświęciłby pan inną osobę? Kogo? Co musiałoby do tego doprowadzić?

Pewnie i tak wiecie, kim jest moja koteria, więc pozwoli pani, że zastanowię się na głos.

Milena… Nie. Nie po to opuszczałem Camarillę, żeby teraz stosować ich metody.

Mariusz? Za wcześnie. Chciałbym jeszcze poznać tajemnice jego klanu. Może kiedyś coś mi zdradzi.

Vespa? Jest tak głośna i tak zwraca na siebie uwagę, że najprościej byłoby z niej zrobić kozła ofiarnego. Gdybym miał wybrać, padłoby na nią. Z praktycznego punktu widzenia to najlepszy wybór.

Musiałbym – a raczej musielibyśmy – znaleźć się w sytuacji, z której nie byłoby już innego wyjścia i poświęcenie kogoś rozwiązałoby problem.

Chciałabym teraz ocenić pańską zdolność do formowania pozytywnych więzi. Skoro już pan wspomniał o swojej „koterii” i członkach tej grupy, skupmy się na tym. Co pan o nich myśli? Kogo z nich ceni pan najbardziej?

To może tym razem zacznijmy od Vespy. Bez wątpienia nie zgadzamy się w wielu tematach. Metody naszych działań również są inne. Myślę jednak, że coś nas łączy. Żadne z nas nie chce dać sobą dyrygować. Z tego powodu jeszcze nie kopnąłem jej w dupę. Może przez to nawet trochę ją lubię. (cisza, obiekt nad czymś się zastanawia) Kurwa, mam nadzieję, że to nigdy do niej nie dotrze.

Mariusz. Nadal liczę, że powie mi kiedyś, jak robi to swoje piwo. Może na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, ale mam wrażenie, że potrafi się wkurwić bardziej niż Vespa. Na szczęście z nim można przynajmniej normalnie pogadać. Wątpię, by miał jakikolwiek wpływ na to, że jego klan poszedł po rozum do głowy i przestał bratać się z Camarillą, ale mimo to gdzieś podświadomie go przez to lubię.

Milena. Chyba największa niewiadoma. Już same okoliczności jej przeistoczenia przywodzą na myśl wiele pytań. Byłaby idealnym obiektem do badań, które mogłyby dać odpowiedź, dlaczego każdy kolejny z linii jest coraz słabszy. Mam nadzieję, że jednak by te badania przetrwała.

Z tej trójki najbardziej cenię Mariusza. Bez wątpienia posiada największą wiedzę. W tym taką, do której niewielu ma dostęp.

Zatrzymajmy się na chwilę przy… przy pani Milenie. Z raportów wynika, że miał pan okazję pobrać od niej próbkę krwi. Co zamierzał pan z nią zrobić? Jeśli dobrze rozumiem, pańska frakcja szczyci się odprawianiem – z braku lepszego słowa – „rytuałów”?

Nawet o tym wiecie? Nie sądziłem, że jestem aż tak istotny. Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy wręcz przeciwnie.

Pewnie wiecie też, że porównywałem ją z próbkami własnego vitae. Gdybym miał jej więcej, na pewno chciałbym przeprowadzić parę testów. Na przykład sprawdzić, jak ta krew zachowuje się w trakcie rytuałów i czy można ją do nich wykorzystać. Jest tak podobna zarówno do vitae, jak i do waszej, ludzkiej krwi, że bez sprawdzenia tego własnoręcznie ciężko cokolwiek stwierdzić.

Co zaś do kwestii samych rytuałów, dla was to coś zbyt skomplikowanego. Nie będziecie w stanie zrozumieć, czym są ani jak działają. Nie mówiąc już o ich odtworzeniu.

Oczywiście, oczywiście. Zajmuję się ewaluacją psychologiczną, okultyzm nie stanowi mojej dziedziny. O tym zapewne porozmawia z panem ktoś lepiej wykwalifikowany. Poproszono mnie jednak, abym zadała w tym temacie jeszcze jedno pytanie: podobno odkrył pan w zapomnianym dworku przejście aktywowane pańską zainfe… pańskim, ekhm, „vitae”? Jak doszło do tego odkrycia?

Nie tylko moje vitae je aktywuje. Co ciekawe, nawet Milena mogłaby je otworzyć. Co zaś do odkrycia tego przejścia, stało się to przypadkiem. Opuszczony dworek to idealne miejsce, by przeprowadzać tam rytuały. Nawet jeśli zapomniałbym zamazać ślady, to nikogo nie zdziwiłyby dziwne rysunki. Mało to pentagramów i innych takich wymalowanych na ścianach opuszczonych miejsc? Gdy przeprowadzałem jeden z rytuałów, misa z vitae wypadła mi z rąk i kiedy spadała, część chlusnęła na ramę lustra. To właśnie wtedy przejście zostało otwarte.

Wydaje mi się jednak, że mówienie o tym sprawia panu pewną przyjemność. Czy można powiedzieć, że te „rytuały” to takie jakby pańskie hobby?

Porównałbym to do naukowca, który przeprowadza różne eksperymenty, by poszerzać swoją wiedzę. Niekoniecznie musi być to jego hobby. Tak samo jest w moim przypadku. Traktowałbym to jako pewnego rodzaju pracę naukową. Pracę, którą lubię, ale nadal pracę.

W wolnych chwilach wolę jednak wystrugać w drewnie jakąś figurkę. Ewentualnie pograć w szachy. Chociaż do tego drugiego trzeba znaleźć odpowiedniego partnera, a o to trudno.

Rozumiem… A gdyby jakiś laik chciał lepiej zrozumieć tę pańską „pracę”, to jaką lekturę by pan polecił? Ma pan jakiś ulubiony tytuł?

To nie jest budowa długopisu, żeby laik miał ją zrozumieć. Jeśli ktoś miałby jednak w sobie dość zaparcia, powinien sięgnąć po Dziedzictwo bestii, biografię Aleistera Crowleya autorstwa Geralda Sustera.

(Słychać brzęczyk pagera).

Najmocniej przepraszam. Wygląda na to, że nasz czas dobiegł końca. Dziękuję panu za tę rozmowę, była bardzo… pouczająca. Niestety, musimy z powrotem umieścić kołek w pańskiej klatce piersiowej, sam pan rozumie. Postaramy się zrobić to delikatnie.

Jaaaasne.

KONIEC TRANSKRYPCJI